niedziela, 29 stycznia 2017

Okiem pajęczycy – „Zima”, cz.8





- Z nieba żeście nam spadli! – sapnął uradowany gospodarz i ściągnąwszy rękawicę podał na przywitanie dłoń obu mężczyznom. A potem, jak to na wsi powszechnym było zwyczajem, poczęstował tamtych papierosami. W tym czasie odpięci ze smyczy Uzia z Acusiem uspokoili się nareszcie i obchodząc rumaki dookoła z ciekawością obwąchiwali leżące na drodze końskie łajno. Gospodyni natomiast z ogromną ulgą zdjęła ze zmaltretowanych pleców swój bagaż i oparłszy się o sanie, chroniąc się przed ostrymi promieniami słońca otarła spocone czoło i przysłoniła dłonią oczy spoglądając w stronę powożących tym bajecznym pojazdem tubylców.
- A gdzie to się Kazik wybierasz tymi pięknymi saniami? – zagaił znajomego Grześ po chwili milczącego pykania papierosa.
- Ano! Jedziem zobaczyć jak tam nasz las po ostatniej zawiei wygląda. Wiecie, to tam za drugim zakrętem. Zobaczym, co się złamało, co trza wyciąć i uprzątnąć – odrzekł zwany Kazikiem gruby woźnica.
- Pewnikiem sporo sosenek powaliło. A pogoda dobra, to wzielim i się wybralim! – dodał dziarski czterdziestolatek zasiadający na koźle obok Kazika.
- To, co? Jedzieta z nami czy nie jedzieta? – ponowił pytanie Kazik uśmiechając się od ucha do ucha.
- Pewnie, że jedziemy! – pospieszyła z zapewnieniem  gospodyni.
- Gdzież byśmy przegapili taką okazje? Tylko, czy psy za nami polecą?
- Co mają nie polecieć? Toż to bajka! - zaśmiał się woźnica – Ja też kiedyś miałem dwa psy, to zawsze chętnie za wozem albo traktorem biegały. Potem, jak już ze starości sił nie miały biegać, to przy budzie zostawały i wyły za mną z wielkiej tęsknicy. Takich psów, to ja już mieć nie będę… Szkoda, szkoda wielka! – westchnął i zamyślił się głęboko a jego oczy przepełniał taki żal, że aż ten drugi mężczyzna musiał go mocno po plecach trzepnąć żeby oprzytomniał.
- A co się stało z tymi psami? – zapytała nieśmiało Zosia a Grześ, pewnie bojąc się jakiej drastycznej odpowiedzi, chrząknął znacząco i chcąc odwrócić uwagę od jej pytania końmi zaczął się zachwycać.
- Ze starości mi padły, niebożęta. Ale swoich lat spokojnie dożyły i do końca wiernie służyły, gospodarki pilnując i nikogo obcego za płot nie wpuszczając, lisy i jastrzębie odpędzając i z dzikami nie raz przeprawy mając. Za to codziennie dostały dobre żarcie do miski a i kości ze świniobicia zawsze się dla nich znalazły  – wytłumaczył Kazik a potem wyciągnąwszy ramiona wziął od gospodarzy bagaże i pomógł im wsiąść a następnie jakoś się w prostych, chłopskich saniach ulokować!
- My też dźwigamy właśnie jedzenie dla naszych psów! – oznajmiła Zosia sadowiąc się wygodnie na jakichś starych szmatach wyściełających sanie.
- I dlatego panowie nam z nieba spadli, bo już ledwo z tymi ciężarami idziemy! A tu tyle jeszcze drogi przed nami – zawołała a Grzesiek usiadłszy obok niej zacmokał na psy, żeby nigdzie na boki nie odbiegały.

   I pojechaliśmy! Ju hu! Ju hu! Jak pięknie było tak mknąć! Dzwonki zawieszone u sań dzwoniły, końskie kopyta stukały, mijane krzewy i drzewa umykały coraz szybciej, mróz szczypał w policzki. Za nami biegły radośnie nareszcie wolne od uwięzi psiska a gospodyni przymykała oczy z zadowolenia i szeptała do męża, że czuje się prawie jak Kmicicowa Oleńka, tylko jej takiej szuby wspaniałej brakuje oraz słodkich pocałunków. Na to Grzesiek odrzekł, że on by nawet i mógł zostać Kmicicem, tylko żeby mu nikt potem boczków nie przypiekał. O czym on mówił? Nie miałam pojęcia. Ale Zosia widać rozumiała, bo chichotała radośnie a oczy błyszczały jej tak mocno, że Grzesiek porzuciwszy wszelkie konwenanse ucałował ją serdecznie, co gospodyni odebrała z wielkim zadowoleniem i bez krępacji oddała mu pocałunek. Widziałam to wszystko i słyszałam znowu bezpiecznie ulokowana w kapturze Grzesia, ponieważ korzystając z okazji wylazłam z jego kieszeni i przemaszerowałam do znajomej kryjówki tak szybko, jak tylko się dało. Jadąc tak minęliśmy w pewnym momencie zjazd wiodący do domu Wojciecha, ale gospodarze tak widać przejażdżką byli zauroczeni, że nawet nań uwagi nie zwrócili, zapomniawszy o tym, że w drodze powrotnej wstąpić tam obiecali. I wcale się im nie dziwię! Gdzieżby się nieborakom chciało przerywać taką podwózkę, kiedy piękniejszej i sposobniejszej w życiu nie mieli!

   Niestety, nasza wesoła przejażdżka skończyła się równie szybko jak zaczęła. Oto dojechaliśmy do lasu Kazika, gdzie ten zatrzymał swój wspaniały pojazd i raźno zeskoczył z kozła.
- Tu musim rozstać się! – oznajmił, wtykając za pazuchę małą siekierkę.
- Póki światło dobre jest przejrzym ze szwagrem naszą dziedzinę! A wy już tylko ze dwie stajania do siebie macie, to jakoś przecie dojdziecie! – dodał zdejmując z sań bagaże gospodarzy a potem im samym pomagając zleźć.
- To my bardzo panom za podwiezienie dziękujemy! I do nas zapraszamy, jakbyście byli kiedy w pobliżu. Zajdźcie, u nas skromnie, ale serdecznie! – zawołała sztucznie dziarskim głosem Zosia, bowiem usiłowała się właśnie samodzielnie jakoś z sań wykaraskać a widać było, że rozleniwiona miłą jazdą  i obolała po wędrówce zupełnie siły straciła. Całkiem się więc mocy owego Kazika powierzyła i zawstydziła, gdy tamten uniósł ją niczym piórko i na ziemi postawił. Takoż jej mąż pojękiwał cicho gramoląc się niezdarnie i bardziej zlatując niż zeskakując z pojazdu na ziemię wyciągnął na pożegnanie dłoń ku życzliwym woźnicom. Potem wędrowcy z wielkim trudem dźwignęli swoje plecaki oraz torby i postękując ruszyli w swoją stronę. Przed nimi biegły wiernie Uzia i Acuś nadal ciesząc się wyprawą i beztrosko ryjąc nosami w głębokim, sypkim śniegu.
- A psiska to ładne macie! Drugich takich w całej okolicy nie ma! – zawołał jeszcze za nimi Kazik i razem ze szwagrem zniknął między rozłożystymi świerkami.

- A ile właściwie metrów liczą sobie te sławetne staje? Bo mnie się zdaje, że jeszcze ze dwa kilometry przed nami – wychrypiała kilka lasków dalej gospodyni, rozluźniając szalik i przerywając nareszcie panujące między nimi, pełne znękania zmęczenie.
- Pewnie i tyle będzie – odrzekł z westchnieniem mimo panującej dookoła zimnicy spływający potem gospodarz i znowu zapalił papierosa, jakby mu ten dym w jakiś cudowny sposób sił mógł dodać. Znienawidzony plecak oparł o pień buka i rozglądając się dookoła wzdychał smętnie:
- Ach! I pomyśleć, że latem śmigam w te okolice bez żadnego problemu. O, tam, wśród modrzewi zawsze najładniejsze maślaki zbieram. A dalej, przy samej paryji to takie dorodne prawdziwki znajduję, że w try miga koszyk napełniam!
- No! A tam dalej najładniejsze wierzby rosną i na przedwiośniu wielkie bazie wypuszczają! Ależ kozy mają z nich zawsze radochę! A tam na polanie zawsze jest tyle niezapominajek i jaskrów! – jęknęła Zosia masując swoje obolałe ramiona i rozglądając się po monotonnie śnieżnej krainie, nie dającej w najbliższym czasie najmniejszych szans za odrodzenie zieleni. Zerkneła na psy, które najwidoczniej także odczuwały już zmęczenie, bo zwolniły swój bieg i bez uprzedniego entuzjazmu pokonywały kolejne wzniesienia.Uzia zatrzymywała się raz po raz, gdyż coś jej przeszkadzało w chodzeniu.



- Poczekajmy na naszą psinę, bo chyba śnieg lodowacieje jej między palcami i musi go sobie koniecznie wyjąć! - zawołała, widząc, iż Grzesiek  wysforował się na czoło pochodu i nie zwracając uwagi na maruderów za bardzo od reszty się oddalił.



- Zobaczysz Zosiu! Ani się obejrzymy a już wiosna będzie i jeszcze nie raz wspomnimy z uśmiechem naszą wyprawę!A pieski w letnie upały na pewno zatęsknią za obecnym zimnem – oparłszy się o pień przydrożnego buka spróbował pocieszyć ją gospodarz. A widząc, że żona nadal ma zbolałą minę zawołał:
- A wiesz ty co? Zdaje mi się, że słyszę już nasze koguty! Już nawet dostrzegam czubki grusz w ogrodzie. Może to fatamorgana, ale przecież jesteśmy już całkiem blisko!
- Bierzmy nasze bagaże i idźmy! Bój to jest nasz ostatni! Damy radę, drużyno pierścienia! – zagrzał do boju strudzoną małżonkę a potem nieomal upadając w głębokim śniegu zaczął brnąć przed siebie resztkami sił. Ona bardziej mocą woli niż udręczonego ciała szła jego śladem a każdy krok zdawał jej się ostatecznym, przekraczającym wszelką wytrzymałość wysileniem.

   Aż wreszcie za brzozowym zagajnikiem, za olszyną i grabiną, za potężnym bukowym lasem i za świerkowym młodniakiem, ujrzeli swój dom! Stał w oddali maleńki taki i samotny, w śniegowe i szadziowe pierzyny otulony, sadem śpiącym i polami drzemiącymi otoczony. Dom, kochany, upragniony, jedyny! Psy zwęszywszy znajomy zamach pobiegły naprzód bez trudu pokonując głębokie koleiny i zaspy. A gospodarze cudem jakimś odzyskawszy resztki energii podreptali przed siebie uśmiechając się przez łzy jak wędrowcy, co calutką ziemię dookoła obeszli i wreszcie do upragnionego raju się zbliżyli…


(Dokończenie tej zimowej opowieści w następnym odcinku!:-)

28 komentarzy:

  1. Dom- oaza spokoju i miłości, niech każdy taki będzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Basiu - niech każdy taki będzie. Niech każdy ma gdzie wracać z dalekiej podróży,niech sie tym powrotem cieszy, albowiem wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!:-)

      Usuń
  2. Pajeczyco, masz atrakcji moc z Szanownymi Gospodarzami :)
    Zawsze jest blogo powrocic do domowego ogniska, nie na darmo mowia ze wszedzie dobrze ale w domu najlepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo w tych atrakcjach zasmakowałam! Myslę, że jak skończę tę opowieść to troche odpocznę a potem pewnie powrócę, bo bardzo ckniłoby mi się za Wami!:-))

      Usuń
  3. Czekam na ciąg dalszy. Kiedy streściłam , Twoją opowieść, mężowi powiedział: już ciebie widzę brnącą przez zaspy po zakupy. Zaśmiał się i dodał, że pewnie swoje wyjścia ograniczyłabym do własnego podwórka. Myślę, że miał rację, dlatego podziwiam Was oboje. Jestem niewiele starsza od Ciebie Olgo, ale stan zdrowia nie pozwoliłby mi na taki wysiłek.
    Pozdrawiam z Pomorza Zachodniego.
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja samej sobie się dziwię, że dałam radę. Człowiek czasem sam siebie nie docenia! Ale moje biedne stopy coraz gorzej znoszą takie wysilenia.
      Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twego męża!:-)

      Usuń
  4. Nie strasz, że dokończenie:) Chyba, że będzie następna opowieść.
    Ulżyło mi, że te męki się skończyły i wędrowcy jakoś dali radę. Teraz będzie pewnie jakaś solidna wyżerka:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecna opowieść dobiega końca, bo wszystko sie musi kiedys skończyc aby mogło zaczać sie cos nowego!:-)
      Dali radę wędrowcy, dali, aż sami sie sobie dziwili.Ale jak sie potem czuli? Szkoda gadać!:-)

      Usuń
  5. Tak się ucieszyłam, że Kazik zaproponował Wam podwiezienie saniami, jakbym to ja brnęła przez śniegi z ciężkim plecakiem na ramionach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry chłop z tego Kazika (chociaż za kołnierz nie wylewa, ale na wsi to bardzo częste!):-))

      Usuń
  6. Takiej podwózki zazdroszczę, kiedy to ja ostatnio, takim konnym zaprzęgiem śmigałam po śniegu? A widok swojego domu z oddali, choćby był najskromniejszy - bezcenny. Ten dach nad głową, łóżko, stół, piec .... własne!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podwózka była wprost bajeczna!:-)Ale zobaczenie domu było jeszcze lepsze!To najwspanialsza nagroda za trudy:-))

      Usuń
  7. Pajeczyco, dbaj o Gospodarzy i wybijaj im z glowy takie szalencze pomysly ;). Wprawdzie przygode beda pamietac na reszte zycia, ale bez tej niespodziewanej pomocy cienko by bylo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A myslisz, że oni mnie słuchają?! Robią, co chcą, a że miewają wariackie pomysły, to już inna sprawa. Na szczęście, dali radę tym razem. Miejmy nadzieję, że w przyszłosci będą mieć nieco więcej rozsądku!:-))

      Usuń
  8. Czyli radosne zakończenie i wreszcie powrót do domowego ciepła :). Ta seria opowiadań naprawdę wciąga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko znajdę dłuższą chwilę to siądę i napiszę zakończenie.Cieszę się, że pajęcze opowiadania wciągnęły Cię, Patrycjo!:-))

      Usuń
  9. Bardzo sugestywne opowiadanie, Olu :) Czułam Wasze zmęczenie, naprawdę. I ucieszyłam się, że szczęśliwie do domu dobrnęliście.
    Pajęczyca jako narratorka - super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A im człowiek starszy, tym to zmęczenie wyrazistsze i dłużej trwajace. Gdzie te czasy, gdy sie śmigało kilometrami i nadal było się pełnym sił i lekkosci niczym konik polny? A ciezko sie pogodzic z tymi zmianami zachodzącymi w organiźmie.
      Pajęczyca lubi snuć nici opowieści i cieszy sie, że ma dla kogo!Dzieki, Lidusiu!:-))

      Usuń
  10. jestem... przysiadam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś, w jakimś programie dla młodziezy leciała na początek taka fajna pioseneczka: "Przy kominku siądź z nami wkoło, tu gwar przyjaciół, tu jest wesoło. Tu bank pomysłów każdego z nas. Przy kominku witamy Was" I tutaj jest chyba podobnie, dzięki temu, ze tak zyczliwi jak Ty ludzie odwiedzaja to miejsce.Dziękuję, Alis!:-)

      Usuń
  11. właśnie przeczytałam i cieszę się że dotarliście do domku z tymi ciężarami.Pozdrawiam i czekam na dalsze losy pajęczycy .:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dotarliśmy!Aż wierzyć sie nie chce! Jednak człowieka stać na bardzo duzo, a często mysli o sobie, że jest słabeuszem i zupełnie sie już sypie!:-)
      Pajęczyca już zaczyna snuć nici ostatniej opowiastki z tego cyklu.Jak skończy, to ją tu zamieszczę!:-)

      Usuń
    2. hmmm ostatnia opowiastka ? Olgo czy masz już temat na inne opowiastki:)? Ja teraz jestem też słabeuszem po chorobie a niestety jutro ide już do pracy:(Pozdrawiam i uściski zasyłam .

      Usuń
    3. Mam pomysł na nową opowieść Urszulko, tylko nie wiem czy sił mi starczy na jej spisanie. Ostatnio słaba jestem jakby i mnie jakaś choroba rozbierała...Ale miejmy nadzieje, że jak odpocznę, to będzie wszystko dobrze.
      Oby i Tobie siły szybko wróciły.Bo chyba wiosna idzie pomału!:-))

      Usuń
  12. Oj sanna...pojechałoby się saniami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sanna to cudna sprawa! Szkoda, że współcześnie ten środek lokomocji jest juz tak rzadki i staromodny. Popatrz, jakie to było ekologiczne! No i konie w każdą pogodę dają radę przejechać - w przeciwieństwie do samochodów!:-)

      Usuń
  13. Tom się utrudziła czytając ten wpis. Nie dość, że jeszcze słabowita jestem a tu taki wysiłek przede mną był. Dobrze, że już w domu gdzie ciepło nawet jak jeszcze nie napalone. DOM to jest to co jest nam najbliższe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak Olu. Nie masz to jak dom!:-))

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze komentarze!:-))