- Sił już nie
mam do niego! On mnie wykończy a sam będzie jeszcze długo żył i na swoje zdrowie
narzekał! No mówię wam, kochani, gorszego od tego mojego Antoniego to chyba na
całym świecie nie ma! – szlochała starsza wiekiem niewiasta wtulona w
opiekuńcze objęcia Zosi. Czapka podjechała jej na sam czubek głowy ukazując
wielkiego guza na czole.
- Rano nic nie
zapowiadało takiej wielkiej śnieżycy, to sobie postanowił, że do lasu naszego na
przegląd zajedziemy, sprawdzimy czy nam ktoś jakichś drzew nie wyciął. A przy
okazji i was zamiarował odwiedzić. Ostrzegałam go, że ciemne chmury na niebie,
że wieje coraz mocniej, że wybierzemy się w wasze okolice jak się ociepli. Nie
słuchał mnie i musiał postawić na swoim. Jak zawsze!
- Albo się babo zabierasz ze mną i jedziemy
albo zostajesz w domu! – wrzasnął w końcu i bez pardonu zaczął ładować się do
naszego opelka. No to postanowiłam jechać z nim, bo boję się o tego starego
capa. W ciągu ostatnich kilku tygodni kilkukrotnie cudem uniknęliśmy wypadku.
Przecież on już całkiem do jeżdżenia się nie nadaje! Refleks u niego żaden. Na
oczy ledwo co widzi. A tylko wciąż mędrkuje i innym kierowcom złorzeczy.
Mądrala taki, że pożal się Boże! I patrzcie – pod samym waszym domem do rowu
się władował. Ja poobijana, ledwo żywa a ten się na mnie nie wiadomo, o co
wścieka. A co ja mu winna? Za jakie grzechy to wszystko? No i kto go teraz
wyciągnie? Przecież on ponad sto kilo waży. Dźwigu by do niego potrzeba! –
jęczała kobiecina i głośno wysiąkała nos w podsuniętą usłużnie przez Zosię
chusteczkę.
Tymczasem nadal uwięziony w samochodzie
kierowca miotał się, usiłując jakoś wyswobodzić i rzeczywiście cały czas głośno
przy tym przeklinał.
- O czym wy
tam u licha gadacie?! Przypnijcie linkę do haka i wyciągnijcie moje auto! –
wrzeszczał blady z wściekłości i raz po raz naciskał na klakson, chcąc
zmitygować zebranych i zmusić do jakiegoś konstruktywnego działania.
- Nie sądzę,
bym dał radę wyciągnąć go moim samochodem! – westchnął z powątpiewaniem Grześ i
zerknął bezradnie na żonę. Ta coś szepnęła do niego a potem zbliżyła się do
uwięźniętego w zielonym opelku kierowcy.
- Co ty tam
wołasz Antoni? Nic nie słychać przez tą wichurę! I przestań już wreszcie
klaksonić, bo mi uszy pękają! Zaraz spróbujemy cię wyciągnąć! Tylko gdzie ty
właściwie masz ten hak? – jęknęła złażąc w głąb rowu i padłszy tam na kolana usiłowała
odwalić śnieg zasłaniający podwozie.
- I co? Masz?
To przywiąż najmocniej jak umiesz a ja podjadę naszym autkiem i zobaczymy, co
da się zrobić! – po kilku minutach jej grzebaniny w śniegu zarządził Grześ
odganiając się od żywiołowo skaczących nań psów i na chybcika odgarniając wielką
zaspę narosłą w ciągu kilku minut przed bramą. Potem tak jak stał, w
zaśnieżonych gumofilcach i w spadającej na oczy czapie wsiadł do samochodu i
podjechał najbliżej jak tylko się dało do leżącego w rowie autka a potem drugi
koniec liny przywiązał do własnego haka.
Oczywiście na
nic były jego wysiłki. Koła ślizgały się po oblodzonej drodze a chociaż opony
Grzesiowego samochodu topiły się z wysiłku samochód Antoniego ani drgnął.
Trzeba było załatwić jakiś traktor. O dziwo, bardzo szybko udało się sprowadzić
na miejsce sąsiada – traktorzystę, który z wielkim trudem, po kilku podejściach
wyciągnął w końcu z rowu samochód a potem nic za pomoc nie żądając, nie
doczekawszy się nawet podziękowania ze strony uwolnionego kierowcy odjechał w
try miga zniknąwszy w tumanach śniegu.
- To, co? Nie
stójmy tu, bo straszna zimnica! Zajdźcie do nas. Odpoczniecie po tych
wrażeniach. Napijecie się gorącej herbaty. Obejrzę tego twojego guza Jadziu. No
chodźcie! Zapraszamy serdecznie! – zawołała po wszystkim Zosia spoglądając z
troską w udręczoną twarz sąsiadki z pobliskiego sioła.
- Ja nigdzie
nie idę! Dziękujemy za dobre chęci, ale my wracamy do domu! Dość atrakcji na
dzisiaj! Wsiadaj, Jadźka! – wykrzyknął w odpowiedzi Antoni, który zły na cały
świat (a najbardziej chyba na siebie) nawet nie wyszedł z samochodu a tylko
bezlitośnie popędzał swą zestresowaną żonę.
- Jak nie
wsiądziesz, to sam pojadę a ty będziesz lazła piechotą! - zarechotał złośliwie a potem znowu z całej
siły nacisnął na klakson, którego dźwięk wwiercał się wszystkim w bębenki a
ponadto sprawiał, że przerażone psy z piskiem pochowały się do zasypanych
śniegiem bud i stamtąd spoglądały podejrzliwie na tego dziwacznie zachowującego
się człowieka. (Mnie natomiast z oburzenia wszystkie włosy dęba stanęły na mych
zgrabnych, długich odnóżach!)
- Dziękuję wam
kochani za pomoc i przepraszam za niego! Kiedyś ci Zosiu opowiem, co ja z tym
wariatem przechodzę! Ale teraz jadę, bo on gotów jeszcze zawału dostać ze
złości. Przecież jak ja o niego nie zadbam, to kto inny to zrobi? A on i tak
niczego nie docenia… – westchnęła zwana
Jadzią kobiecina a potem ocierając ukradkiem łzy i naciągając głęboko czapkę uszankę
wsiadła do wnętrza zaśnieżonego opelka.
I już po
chwili ich pojazd okryty białą zawieruchą znikł na widnokręgu. Na pustej drodze
pozostała przytupująca z zimna Zosia z Grzesiem oraz ich cztery psy, znowu
radośnie na swych opiekunów skaczące.
- To co?
Wracamy do domu? – westchnął Grześ i wsiadł za kierownicę swego autka, które
następnie z wielką ostrożnością ulokował za bramą ich siedliska. Zosia
natomiast wprowadziła za sobą psy a potem przystanęła przy furtce i spoglądając
w śnieżną dal potarła w zamyśleniu mokre od śniegu i potu czoło.
Nie wiem, o czym myślała, ale wiem, że trzy
pogórzańskie siostry: dujawica,
wichrzyca i śnieżyca zaczęły ją żywiołowo obtańcowywać pragnąc tym samym
zaprosić kobietę do wspólnych pląsów, rozśmieszyć i rozszaleć. Ta jednak nie
zwracając uwagi na zwariowane siostry weszła do domu, chcąc jak najszybciej
ściągnąć z siebie przemoczone spodnie i kurtkę.
Tuż za nią wszedł Grześ oraz wszystkie cztery psy bardzo teraz grzeczne
i spragnione ułożenia się na swych ulubionych miejscach pod stołem kuchennym i
wokół niego. A tak wielkie były te
psiska, że swymi ciałami zajmowały niemalże całą przestrzeń podłogi maleńkiej
kuchni moich gospodarzy. Gospodarze tymczasem zasiedli wokół owego stołu i gmerając
pieszczotliwie dłońmi w puszystej sierści tych zadowolonych z życia stworów w
milczeniu popijali gorącą herbatę spoglądając przez okno kuchenne, za którym
dokonywał się istny Armagedon. Wiatr podnosił ogromne tumany śnieżne, wywijał
nimi spirale i ósemki, budował wielką zaspę tuż przy domu najbliższych
sąsiadów, tłukł o szyby i blachy dachowe, wlatywał do komina i panoszył się w
nim zbójecko. A trzy zimowe siostry, wziąwszy się za ręce chichotały w
szaleńczym zapale i sprawiały, że jeszcze przed chwilą przejezdna droga
całkowicie zrównała się poziomem z otaczającymi ją polami. I teraz rozciągała
się przed oczami mieszkańców tego domostwa rozległa, pusta, antarktyczna połać,
którą mógłby co najwyżej przejechać jakiś opancerzony, wojskowy pojazd albo
sanie Królowej Śniegu…
- To, co Grzesiu? Zdaje się, że uwięźliśmy tu
na dobre. Nie sądzę, żebyśmy dali radę stąd wyjechać w najbliższym czasie – szepnęła
w końcu Zosia i z troską zajrzała w czeluście lodówki chcąc sprawdzić na ile
starczą im zgromadzone zapasy. Następnie popróbowała gotującej się na piecu
zupy jarzynowej i dosypała do niej suszonego lubczyku, za którym wprost przepadała.
Zaraz też boski aromat zupy rozniósł się po całym pomieszczeniu. Czując go psy
oblizały się łakomie. A i ja, pajęczyca,
westchnęłam z błogości. No cóż! To głównie z powodu tych cudnych woni oraz
miłego ciepełka tak lubiłam w tej kuchni przebywać. Nieraz też dane mi było
popróbować przeróżnych smakowitości, gdy gospodyni nie chciało się od razu myć
naczyń i mogłam w spokoju pobuszować między talerzami ustawionymi w zlewie.
Najbardziej smakował mi rosół i pływające w nim niteczki białego mięska,
natomiast te ostre, pachnące czosnkiem sosy, za którymi przepadali moi
gospodarze budziły mój najwyższy wstręt. Zaprawdę, dziwne są upodobania rodzaju
ludzkiego!
- Jakoś damy
radę! Już nie raz w podobnych okolicznościach dawaliśmy. Najwyżej, jakby co, wybierzemy się w przyszłym tygodniu
piechotą do miasteczka – odrzekł Grześ, zaciągając się przy tym z lubością
papierosem.
- A propos!
Papierosów Ci starczy? – zapytała z troską Zosia wiedząc, jakim stresem
napełnia jej męża brak takowych.
- Na trzy dni
mam! A potem się zobaczy! – zaśmiał się Grześ i wypuścił z papierosa zgrabny
dymek, który powędrował aż do mnie, na środek żyrandola. Czując to rozkaszlałam
się okropnie i zirytowana postanowiłam natychmiast za pomocą mojego
niewidzialnego, nitkowego pomostu ewakuować się do zacisznej skrytki za meble
kuchenne. Tam ukokosiłam się w cieple i ciszy swojskiej pajęczyny a potem
zasnęłam zmęczona wydarzeniami tego dnia tak bardzo, jakbym to ja sama
wyciągała zielonego opelka z pełnego śniegu rowu…
Spałam
jak kamień i śniły mi się jakieś długie zimowe wędrówki wśród chrzęstu i
skrzypienia, białe i zdumiewająco puste przestrzenie, dotyk czegoś zimnego,
lecz przy tym przyjemnie mięciutkiego niczym moje pajęczyny zwinięte w kłębuszek.
Wokół mnie rozciągała się bezkresna biel. Piękna, lecz groźna. Poczułam się
w niej tak samotna i bezradna. Bezskutecznie szukałam ciepła, swojskich
zapachów domowych, miłego głosu mojej Zosi, która nagle mi się gdzieś zgubiła…
Już sama nie wiedziałam, czy to sen, czy rzeczywistość…
c.d.n.
Cudna opowieść!
OdpowiedzUsuńMiło mi to słyszeć. Dziękuję, Basiu!:-)
UsuńCoraz bardziej wciąga:)Pisz dalej Olgo,Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy:)
OdpowiedzUsuńOstatnio jakoś lepiej mi się pisze...Cieszę sie, że opowieśc wciaga!:-)
UsuńJednak warto było darować pajęczycy żywot. W przeciwnym razie kto by nam tę uroczą, nastrojową opowieść snuł? Lecz z papierosami zrobiłabym krótki proces.
OdpowiedzUsuńOtóż to! Pajęczyca nie taka straszna jak ją ludzkie wyobrażenia malują! A z papierosami, to już Zosia sił walczyć nie ma...
UsuńCzekam na więcej. Ten wątek z Jadzią i Antonim to smutna rzeczywistość wielu kobiet.
OdpowiedzUsuńregian
Tak, wątek z Jadzią i Antonim to wcale nie bajka. Czytałam ostatnio w "Wysokich obcasach" ciekawy reportaż o doli kobiet wiejskich. Jakze to prawdziwe i tragiczne w wiekszości...
UsuńWiem, to tylko opowiesc, wytwor Twojej Olu wyobrazni, ale jak czytam o tym Antonim...
OdpowiedzUsuńJa bym dziada patelnia zabila, bez dwoch zdan.
A mam na taka okolicznosc trzy zeliwne patelnie, roznych rozmiarow. Wspanialy boi sie nawet tej najmniejszej:))))
W każdej nawet basniowej opowieści jest ziarno prawdy, Marylko. A niekiedy nawet bardzo dużo jest tych ziaren, niestety.
UsuńObawiam się, że na Antoniego nawet największa z Twoich patelni by nie podziałała!:-))
Teraz mnie juz zupelnie zmrozilo te duzo ziaren prawdy. Patelnia to byl zart oczywiscie, ale jesli ten typ tak sie zachowuje w obecnosci innych osob to moge sobie wyobrazic jaki jest w czterech scianach "sam na sam" z zona.
UsuńNie tolerowalabym tego ani minuty.
Jadzia ma cięzki los...Kobiety wiejskie nie są tak odważne i skłonne do rozstań jak te z miasta. Tu wciaz króluje tradycja, przywiazanie do wartosci rodzinnych, no i głeboka wiara katolicka...
UsuńMiłego snu Pajęczyco:-)))
OdpowiedzUsuńPajęczyce powinny chyba dużo spać, żeby mieć siłe na snucie swych bajań!Jednak z tego, co wiem, pajęczyca Zosi ma na starość problemy ze snem!:-))
UsuńUwaga, bo pajęczyca przenosi się do Waszej sypialni!
OdpowiedzUsuń333:)
Ach, to taka z niej podrózniczka-podglądaczka!:-)♥♥♥
UsuńOj, ja chyba chodzilabym z permanentnym zawalem serca ze strachu! Zyc w takich warunkach zima, to trzeba byc urodzonym survivalowcem. Juzem na nizinach ledwie zywa, kiedy musze autem popylac po sniegu, a w gorach... Ehhh...
OdpowiedzUsuńCzłowiek to taka dziwna ptica, która potrafi sie do wszystkiego przyzwyczaić - nawet do najbardziej ekstremalnych warunków klimatyczno-terenowych i do swojego losu, dzielonego z kimś, kto bardziej gnomem sie jakimś złosliwym zdaje niż partnerem!:-)
UsuńŚliczne pleciesz sidła opowieści za pomocą wciągających niczym lepkie nici słów Pajęczyco. :) Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńW imieniu Olgi ja - pajęczyca serdecznie witam Cie na tym blogu i dziękuję za miły komentarz. Znacznie lepiej mi sie snuje moje nici słów, gdy wiem, że komuś się to podoba!
UsuńI ja pozdrawiam Cie serdecznie z zaśniezonej wioski!:-))
A ja mniemam, że ten Antoni to nie bajka i ta Jadzia też i nóż mi się w kieszeni otwiera i patelnia na niego to dobry pomysł, ta największa.
OdpowiedzUsuńNiestety, nie bajka i żadna patelnia nic tu nie pomoże.Choć, gwoli sprawiedliwosci, musze oddać mu racje w kwestii namawiania do szybkiego powrotu do domu. Gdyby wtedy szybko nie odjechali z Jadzią to uwieźliby w domu Zosi i Grzesia na kilka dni!:-)
UsuńI tak sobie spokojnie gospodarze, psiaki i oczywiście pajęczyca marzyli o słońcu na niebie, o życzliwych i niegderających sąsiadach. O ciepłej przystani.
OdpowiedzUsuńZimą, taką prawdziwą - snieżną i mroźną gospodarze niemal codziennie są wystawiani na próby wytrzymałości siły i charakteru. I chyba są dosc mocni, bo dają sobie ze wszystkim radę. I nadal mają czas i ochotę na marzenia!:-)
UsuńPiękną opowieść snujesz pajęczyco,chętnie przeczytam ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńMyślę,że Antoni jest prawdziwy,osobiście zostawiłabym tego gbura w rowie,a Jadwigę rozgrzała herbatką!
W "Nitkach wspomnień" piękna opowieść-wspomnienie.Cezary stanowczo zbyt mało pisze,lubię czytać Was oboje.Piosenki Łucji Prus są również moimi ulubionymi.Serdecznie pozdrawiam♥
Ja, pajęczyca cała sie puszę z radości słyszac takie pochwały!:-)
UsuńAntoni nie jest przyjemnym typem, ale właściwie miał racje odjeżdżajac tak szybko (choc oczywiscie mógłby to zrobic w sympatyczniejszy sposób), bo gdyby wóczas nie odjechali, musieliby zostać w siedlisku gospodarzy na bardzo długo. Drogi tam stranie były zawiane a i teraz niewiele jets lepiej, bo mocno śniezy a mróz nadal spory.
A co do pisania Cezarego, to też bardzo lubię jego niepowtarzalny styl. Oboje uwielbiamy piosenki Łucji Prus i bardzo często ich słuchamy. Cezary serdecznie dziękuje Ci za życzliwe słowa!:-)
Oboje serdecznie pozdrawiamy!:-)♥
Pajęczyca wie co dobre: ciepło, cisza i sen :)
OdpowiedzUsuńTak, Wietrzyku. Pajęczyca barzo ceni sobie takie proste wartości!:-)
UsuńPajeczyco, tak sie nie godzi - serwowanie tej opowiesci w odcinkach to istna tortura!!! ;). Niestety, takiego "Antoniego" znalam az za dobrze i mam nadzieje, ze juz nigdy nie bede miala tej "przyjemnosci". A tak przy okazji, nie po drodze Wam z nartami biegowymi, czyli takimi do plaskich terenów? W takich okolicznosciach przyrody sa niezastapione :). Gorace calusy na rozgrzewke :).
OdpowiedzUsuńJa - pajęczyca uśmiecham sie szlmowsko, czytajac Twoje słowa, Moniko!:-)
UsuńA co do Antoniego...Niestety, sporo jest takich typków, co to bezlitośnie przysparzają kochajacym je kobietom cierpień, zmartwień i upokorzeń.Przykro mi, że i Ty natknełaś sie na takiego "starego capa". Dobrze,że to już poza Tobą.
Kiedyś myslelismy o nartach biegowych - na początku naszego zamieszkania tutaj, gdy zdarzyły sie dwie zimy tak sniezne i mroźne, jak teraz. Potem jednak zimy były łagodne, prawie bezśnieżne, no i to marzenie gdzies sie rozpłynęło. Obecna zima byłaby rzeczywiscie idealna do tego typu nart. Hmmm...
Odwdzięczamy sie równie gorącymi całusami!:-))
Z takim typem mialam do czynienia zanim sie wynioslam na swoje. Kiedys moja mama stwierdzila, ze byl to najwiekszy blad jej zycia, ale kiedy juz zrobil sie zupelnie nie do wytrzymania, bylo za pózno, zeby sie od niego uwolnic :(((.
UsuńJadzia mówi to samo - za późno na zmiany...
Usuń