piątek, 10 listopada 2017

Listopadowa opowieść, cz.2





…Rozmawiając kilka dni później z sąsiadami o ostatnich wydarzeniach Zosia wypytała ich o te dziwne, poranne dźwięki, które tak ją zdumiały, przeraziły i zachwyciły jednocześnie. Okazało się jednak, iż sąsiedzi smacznie jeszcze o tej porze spali. Zatem niczego niepokojącego nie słyszeli. A po obudzeniu dane im było zobaczyć już tylko resztki mgły, która opadła w doliny i pozostawiła Pogórze najzupełniej zwyczajnym. Dobrze, że Zosia zrobiła wówczas zdjęcia, bo inaczej mogłaby pomyśleć, że się jej i Grzesiowi ta niesamowita mgła tylko przyśniła…Żałowała, że nie nagrała owych dziwnych odgłosów porannych. Ale pewnie zanim by ustawiła odpowiednio dyktafon w telefonie, już by umilkły…Zastanawiając się, co też za niezwykłe dźwięki to być mogły dumała, czy może był to klangor odlatujących na zimę żurawi? Może rzeczywiście te zdumiewające odgłosy wydawało jakieś ostatnie, spóźnialskie ptasie stado opuszczające nasze strony przed zimą? Ale przecież równie dobrze mogło być to coś zupełnie innego. Ale co? To już pozostanie dla Gospodarzy tajemnicą…Wiele jest wszak w życiu ludzi tajemnic, domysłów, sekretów i intuicyjnie tylko odczuwanych zjawisk o znaczeniu, którego sensu domyślić się nie sposób. I ludzie muszą się z tym pogodzić, zaakceptować i żyć dalej, krocząc swoją codzienną ścieżką. Jednak często te ciekawe, niewyjaśnione sprawy dodają ich życiu dodatkowego smaku oraz wielowymiarowości.  Budzą nadzieję, że jest jeszcze coś więcej ponad to, co widać, ponad to co można sprawdzić szkiełkiem i okiem…I być może kiedyś przyjdzie czas wyjaśnienia najważniejszych zagadek, ujrzenia tego, co dzisiaj szczelną mgłą jest okryte…


   Oczywiście ja, pajęczyca wiem i widzę trochę więcej niż te biedne, nagie istoty ludzkie, zatem już dzisiaj mogłabym odkryć Gospodarzom pewne nieznane im przestrzenie, szarady i tajemne schowki. Jednak tego nie zrobię, wiedząc, że najlepiej samemu do czegoś dojść, zrozumieć. A poza tym i my, pająki, mamy sprawy, które przerastają nasze pojmowanie. Gubimy się w gąszczu pajęczych domysłów i pozostajemy z głębokim niedosytem wiedzy. Często zmuszone jesteśmy pewne sprawy brać na wiarę albo intuicyjne przeczucie…Myślę jednak, że kiedyś sprawy ludzkie i pajęcze połączą się w jedną całość, w jedną bezbłędnie splecioną, nierozerwalną pajęczynę, w sieć naszych wzajemnych neuronów. I wówczas otworzy się księga satysfakcjonującego nas wszystkich poznania. A na razie…? Na razie władała nami wszystkimi mgła, ale jakże piękna i fascynująca przecież…


   No dobrze! Dość już tych dywagacji. Czas wrócić do listopadowej opowieści z Grzesiową boleścią w tle…

  Otóż musicie wiedzieć, że Grześ posiada niezłą żyłkę do handlu. Już wiele razy w życiu udało mu się coś bardzo tanio kupić i drogo sprzedać albo dostać okazyjnie jakąś rzecz bardzo trudną do zdobycia. I oto kilka lat temu Gospodarz nabył za bezcen nowiutką kuchenkę gazową, czteropalnikową, bez piekarnika, taką,  którą można na stole czy szafce jakowejś postawić. Marzyło się kiedyś Gospodarzom, że wybudują sobie w ogrodzie kuchnię letnią i tam owa kuchenka by się wówczas przydała. Rozmyślali, iż zamiast gotować w domu w letnie, gorące dni będą wynosić ową leciutką kuchenkę na zewnątrz i tam, na świeżym powietrzu spokojnie się kuchmarzyć. Jednak rzeczywistość zweryfikowała te marzenia i okazało się, iż latem w obejściu jest tyle pracy, że w Jaworowie w ogóle ogranicza się gotowanie i obyć się doskonale można kanapkami, sałatkami oraz jajecznicami z grzybami oraz ulubionymi zupkami chińskimi. Ewentualnie wyciąga się grilla i siedzi przy nim wieczorami zajadając jakieś kiełbaski, kurze skrzydełka czy ulubiony przez nich, pieczony chleb czosnkiem smakowicie natarty.
    Zatem kuchenkę jako, niestety, zupełnie zbędną wyniesiono na strych, gdzie szybko pokryła się kurzem i pajęczynami pracowicie przez moje siostrzyce uplecionymi oraz mysimi kupkami przez rodzinę bezczelnych, mysich intruzów tamże pozostawionymi.

   Aż wreszcie pewnego Gospodarze zdecydowali, że czas pozbyć się z gospodarstwa zbędnych klamotów i poza paroma innymi sprzętami na początku lata wystawili nieszczęsną kuchenkę na sprzedaż. Mieli nadzieję, że może komuś się owa kuchenka przyda a im parę groszy za nią może jakim cudem skapnie? A każdy grosz był przecież dla nich ważny.
   Przez długi czas nie było jednak na kuchenkę chętnych. W końcu zadzwonił w jej sprawie jakiś gadatliwy jegomość z niedalekiej wsi i oznajmił, iż już nazajutrz po nią na pewno przyjedzie.  Słysząc tę wieść  ucieszona Zosia wytargała pożądany sprzęt ze strychu i zniosła na piętro do dawnego pomieszczenia kuchennego, gdzie postawiwszy na starym stole pracowicie wypucowała urządzenie aż zalśniło nowym blaskiem niby radosne słonko na wiosnę. 

   O oznaczonej godzinie zamknięto wszystkie psy w pokoju komputerowym aby nie rzuciły się nazbyt entuzjastycznie na szacownego kupca a potem czekano niecierpliwie na jego przybycie. Jednak potencjalny klient nie pojawił się i w ogóle nie  dał już więcej znaku życia.
 - Obiecanki – cacanki – zakrzyknęła rozczarowana gospodyni!
 - No jak tak można ludzi do wiatru wystawiać! – irytowała się za nic nie potrafiąc zrozumieć tak lekceważącego postępowania.
- Mógłby chociaż zadzwonić i się wytłumaczyć! – biadała, przypominając sobie od razu z nutą bolesnej goryczy, że kilka już osób w życiu postąpiło wobec niej podobnie, nadwyrężając jej zaufanie. A ona za każdym razem nadal wierzyła. Oj, naiwna, naiwna…
- Och Zosieńko, ludzie są tacy różni! Nie przejmuj się tym. Nie każdy tak mocno przywiązuje wagę do obietnic, jak Ty, moja kochana. Nie ma co się denerwować! Zobaczysz, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto dotrzyma słowa! – uspokajał ją Grześ, wypuszczając uwięzione psy z pokoju i klepiąc szalone ze szczęścia basałyki po rozmerdanych czterech literach.

   Na następnego chętnego trzeba było jednak poczekać dobrych kilka miesięcy. W tym czasie kuchenka na piętrze zdążyła ponownie pokryć się kurzem i pajęczynami!:-) Jesienią ufna Zosia ponownie doczyściła ją dokumentnie, wierząc, iż tym razem nie robi tego nadaremno.
   I nie robiła. Pod koniec października jakiś miły pan z Jasła zadzwonił z wiadomością, że jeszcze tego dnia zamierza po kuchenkę przyjechać i nabyć ją bez żadnego targowania, gdyż owa kuchenka stanowi przedmiot pożądania jego teściów, zaś on dla nich, a właściwie dla żony dałby się pokroić. Niczym jest więc dla niego przejechanie ponad stu kilometrów w celu jej zdobycia. Przybyć zaś miał do Jaworowa po pracy, w późnych godzinach wieczornych.


   Po zmroku gospodarze z rosnącym niepokojem zaczęli zerkać za okno. Nie dość, iż ciemno było kompletnie, to lało jak z cebra a na dodatek gęsta jak wata mgła otaczała ich siedlisko sprawiając, że za żadne skarby świata nie wyruszyliby teraz w jakąkolwiek podróż. Tymczasem niczego nie lękający się klient zmierzał w ich stronę wytrwale o czym powiadomił ich telefonicznie, zapewniając, że choćby i huragan jaki go chciał w drodze zatrzymać, to on się nie podda i przybędzie jako obiecał.


   Tymczasem minuty i godziny mijały…Narastająca z chwili na chwilę ulewa siekła o szyby a wiatr z całej siły tarmosił blachami na dachu. Psy niby to spały głęboko, ale na każdy silniejszy łomot, stuk czy jękliwy płacz wiatru reagowały nerwowym poszczekiwaniem. Ja, schowana bezpiecznie za meblami kuchennymi nie miałam najmniejszej ochoty stamtąd wyłazić. Denerwowałam się tylko tymi nie pozwalającymi spać hałasami i prosiłam jesienne, zwariowane wichrzyce by stonowały choć trochę swe tańce i uciszyły nieznośną muzykę. Ha! Wcale mnie nie słuchały a wręcz przeciwnie rozchichotane rozhulały się na całego i dalejże skakać po dachu, dalejże dudnić w kominie, świstać na swych piszczałkach, miotać mokrymi trawami i gałęziami a wreszcie i wyć na głosy, robiąc zawody, która głośniejsza, odważniejsza, najbardziej szalona!

   Przez te wszystkie trudne do wytrzymania dźwięki z trudem przebił się w końcu dzwonek telefonu.
- Już dojeżdżam do waszej wsi! Zaraz będę na miejscu! – przekrzykując ulewę radośnie oznajmiał zmierzający ku nim klient z Jasła.
   - To chyba bardzo młody człowiek. Że też się nie boi w taki czas jeździć po nocy! No, no! – szepnęła z mieszaniną podziwu i zgrozy Zosia.
   - Dla takich ludzi obecna pogoda nie stanowi żadnego problemu a pewnie nawet jest jakimś ekscytującym wyzwaniem! – westchnął w odpowiedzi Grzesiek najwidoczniej coś sobie chyba z lat swojej wczesnej młodości przypomniawszy. Uśmiechnąwszy się do swoich wspomnień nad czymś się głęboko zamyślił a po chwili wyartykułował to, co mu go głowy właśnie przyszło.
   - Wiesz co, Zosieńko, a może ja bym wyniósł tą kuchenkę do budynku gospodarczego, żeby nie musieć znowu psów w pokoju zamykać? Ostatnim razem tak wariowały, że całe drzwi obdrapały!
    Słysząc, że o nich się mówi, tak senne dotąd i nieprzytomne psiska zamachały serdecznie ogonami i spojrzały z ogromną miłością na swego pana. Ja natomiast poruszyłam się niespokojnie w mej pajęczynie czując jakimś szóstym zmysłem, iż Grzesiowy pomysł nie był tak dobry, jak mu się wtedy zdawało.

- Czy ja wiem… - powątpiewała Zosia – A jakże ty będziesz w tą ulewę na podwórko wychodził?
- Zdaje się, iż troszkę się tam uspokoiło. Słyszysz? Przestało tak walić o szyby i dąć potępieńczo w kominie! – odrzekł optymistycznie Grzesiek i nie tracąc czasu poszedł na górę po cierpliwie czekającą na kupca kuchenkę. I już za moment zszedł z nią ostrożnie i powoli ze schodów a Zosia ubrawszy kurtkę oraz gumiaki czekała na niego przy drzwiach wyjściowych z latarką.

 - Och, zaczekajcie, zaczekajcie! – zawołałam zza mebli czując nagle dziwny lęk a nie bardzo nie rozumiejąc przy tym, co mogło być jego źródłem.
- Nie wyłaźcie w tę ciemność! Zostańcie w domu! – zawołałam ochrypłym od długiego milczenia głosem. Ale nikt, rzecz jasna, nie słyszał moich ostrzeżeń a na dodatek złośliwe wichrzyce  śpiewaniem swym upiornym kompletnie mnie zagłuszały. I oto już po chwili zdani na łaskę i niełaskę żywiołów gospodarze poczłapali po kleistym, kląskającym błocie podwórka w tajemnicze mroki mglistego wieczoru…

  

sobota, 4 listopada 2017

Listopadowa opowieść, cz. 1





…Spałam już od wielu, wielu miesięcy. Pajęczyca – śpiąca królewna? Pajęczyca - niedźwiedzica? Pajęczyca  - kamień? Czy to był w ogóle sen a może raczej dziwny rodzaj komy czy stuporu? A przecież słyszałam prawie wszystko, co działo się wokół i razem z moimi zaprzyjaźnionymi gospodarzami przeżywałam ich radości i smutki. Ale nie chciało mi się jakoś wyłazić z mojej zacisznej pajęczyny uwitej za meblami kuchennymi. Dobrze się tak czasem od wszystkich spraw oddalić. Nie uczestniczyć. Odpocząć od natłoku pozytywnych i negatywnych wydarzeń. Zresetować się zupełnie albo zająć bujaniem w obłokach, medytacją nad inną stroną życia. Jednak mam nadzieję, że Zosia czuła, iż cały czas jestem blisko. Zwierzała mi się szeptem albo i bezgłośnie, wiedząc, że jest między nami taka więź, która wszystko przemoże i wszystko zrozumie. Nie byłam przecież całkiem zwyczajną pajęczycą. Stanowiłam część tego domu,  drzemiących tutaj historii. I chciałam być już zawsze w pobliżu zamieszkujących tu stworzeń i ludzi. Wspierać ich swoimi uczuciami, myślami i działaniami. Być, nawet gdy mnie nie widać. Cóż, dobrze zdawałam sobie sprawę, że między ludźmi rzadko tak bywa, a chyba każdy człowiek chciałby mieć oparcie i zrozumienie w kimś pewnym, kimś, kto nie zraża się nieistotnymi sprawami i jest obok, choćby był w tym czasie nawet na drugiej półkuli ziemskiej.


   Listopad wyzwolił w Zosi chęć nawiązania kontaktu z osobami, które kiedyś były blisko a potem z niezrozumiałych przyczyn usunęły się w mgłę. Napisała kilka listów. Wykonała parę telefonów. Niestety, część z nich pozostała bez odpowiedzi…A Zosia nic więcej zrobić nie mogła jak pogodzić się z tym i uszanować taki stan rzeczy,. Wszak czasem i ona zachowywała się podobnie, usuwając się nieraz w cień, odpływając na odległy, niewidzialny dla innych ląd. Dlatego teraz podświadomie rozumiała tych, którzy zniknęli z jej przestrzeni, choć żal jej było, że tak się stało... Cóż...Zatem jakaś opowieść była już zamknięta, choć niedopowiedziana...Trudno. Dawni znajomi usunęli się w swoją codzienność i albo nie chcieli z niej wyjść albo nie umieli. A może woleli być gdzieś tam, w nienazwanej, własnej przestrzeni i istnieć w niej na nowo albo może i nie istnieć zupełnie…? Pogrążyć się w szumie działania albo schować w zupełnej ciszy? Nie sposób było znaleźć na te pytania jednoznacznej odpowiedzi. Bardzo często ludzie postępują dość tajemniczo i jest to zupełnie naturalne w ich świecie. Kogoś ze swojego życia wykluczają, kogoś doń zapraszają. Unosi ich ocean życia i raz są od siebie bardzo daleko a raz dotykają swych dusz i przenikają się wzajemnym ciepłem. Podlegają nieustannemu ruchowi fal, przemian, przypływów i odpływów. Jest to zupełnie normalny proces i nikogo o nic nie należy tu winić. Rozumiałam to dobrze, siedząc w swojej pajęczynie kuchennej, pogrążona ni to w pajęczym śnie ni to w filozoficznym zadumaniu… Jednak Zosia, jak zwykła to czynić, gdy kilka z tych osób pominęło zupełnym milczeniem jej starania o nawiązanie kontaktu zaraz zaczęła się martwić, że  coś im się złego stało. Gotowa się też była obwiniać, że pewnie jakąś przykrość im zrobiła, czymś się naraziła, choć nie umiała sobie przypomnieć, cóż to takiego znaczącego być mogło? Gubiła się w zagmatwanych domysłach i niczym nie popartych wyrzutach sumienia...Jak to Zosia...



   Słysząc jej codzienne, żałosne westchnienia oraz rozmowy z Grzesiem na ten temat postanowiłam wreszcie ruszyć swój dostojny odwłok, przez wiele miesięcy spania obrosły tłuszczykiem i porosły mięciutkimi włoskami i wrócić na łono tej rodziny, przychodząc w sukurs pogrążonej w czczych domysłach Zosi. Otrzepałam się z kurzu, przyczesałam przyklapnięte włosięta i wysnuwszy mocną niteczkę opuściłam się wprost na ramię mojej drogiej Zosieńki popijającej właśnie poranną, aromatyczną wielce kawę. Od razu poczuła moją obecność. Otarła zabłąkaną w kąciku oka łzę i uśmiechnęła się do mnie serdecznie.

- Jesteś, jak dobrze, że znowu jesteś! – westchnęła z ulgą a potem oparła na ramieniu palec wskazujący, na który weszłam ostrożnie niczym na most zwodzony nad przepaścią.
- Adelko, Hildegardo kochana! Tak dawno nie widziana! Jak się masz? – zapytał wkraczający akurat do kuchni Grzesiek a potem usiadł z cichym jękiem przy stole. Znowu zakłuło go w boku, biedaka…Być może w następnym poście opowiem Wam o tym, jakie okoliczności sprawiły, że gospodarz obecnie był tak cierpiący…Ale teraz uśmiechnęłam się do przyjaciół i chrząknęłam, że kapkę wygłodniałam, a much w zapasie mam już tyle co kot napłakał…Słysząc to Zosia posadziła mnie delikatnie na stole kuchennym a potem pobiegła na strych, skąd za moment przyniosła mi kilka wspaniale ususzonych, podwędzonych w pobliżu komina much i ciem. Na ten widok zatarłam łapki ze wzruszeniem i radością a potem zagłuszając donośne burczenie w brzuszku natychmiast zabrałam się do łakomej konsumpcji, ciesząc się, iż na moich gospodarzy mogę zawsze liczyć, że choćbym nie wiem jak długo w swym ukryciu przebywała oni o mnie nie zapomną.
   Najedzona i zadowolona usadowiłam się na wygodnej huśtawce z pajęczyny umocowanej do lampy kuchennej i stamtąd swobodnie obserwowałam poczynania moich gospodarzy oraz psów, co wróciwszy z nocnej eskapady do ogrodu witały się z nimi gwałtownie skacząc na biedaków, brudnymi łapami ich naznaczając oraz liźnięciami wielkich języków mocząc, z uśmiechniętych pysków ochoczo wystających.

   Ależ te dwa szczeniaki – Ipcia i Isia urosły przez te kilka miesięcy mojej zaczarowanej śpiączki. Były już tak duże jak ich rodzice, choć postawą oraz paroma szczegółami nieco się od nich różniły. Isia, ta bialutka, niewidoma psinka, była w przeciwieństwie do swego gładkowłosego ojca Acusia puszysta a nawet finezyjnie rozczochrana. Jej tułów był nieco dłuższy niż korpusy rodzicieli, dlatego przypominała trochę posturą jamnika.Skąd jamnicze konotacje u tak przystojnych rodziców? Cóż, nieznane są wszak dzieje ich  przodków. Być może kiedys napatoczył się w pobliże jakiś zakochany jamnik i stało się. Mezalians i skandal!To pewnie trochę tak, jak przypadku Aleksandra Puszkina, co to ponoć miał bardzo ciemną karnację po jakimś murzyńskim przodku odziedziczoną. Ipcia, tak podobna do swej matki Uzi nieco ciemniejsze ubarwienie jednak od niej miała a i w dotyku była miększa, jakby z masła czy waty ulepiona. Zosia z przyjemnością przebierała teraz palcami jednej dłoni w jej sierści, natomiast drugą gmerała za uszkami spragnionej pieszczot Isi. W tym samym czasie Grzesiek zajmował się napraszającymi się gwałtownie czułości Acusiem i Uzią. Czynił to jednak bardzo ostrożnie aby nie czuć przy tym dotkliwego bólu w prawym boku. Szeptał do psiaków uspokajająco i powstrzymywał ich zbyt gwałtowne ruchy. Psy zrozumiały najwidoczniej, że nie mogą za nadto swego kontuzjowanego pana męczyć i usiadły przy nim grzecznie, nosami go tylko delikatnie trącając i radosne pyski pod dłonie gospodarza podstawiając.

- Popatrz, jaka piękna mgła za oknem!Jak tajemniczo tam wygląda! – szepnęła Zosia widząc, że poranna szaruga zaczyna powoli zmieniać kolory dzięki budzącemu się na widnokręgu słońcu.
- Fajne zdjęcia można by zrobić! – westchnął w odpowiedzi obolały Grzesiek. Zosi takich zachęcających słów nie trzeba było dwa razy powtarzać. Narzuciła na koszulę nocną sweter, na gołe nogi wzuła gumiaki i czym prędzej pobiegła do ogrodu. Za nią, rzecz jasna, rozszczekane psy. Ja przemieściłam się w pobliże okna kuchennego by widzieć wszystko wyraźniej. Grześ natomiast stanął w szeroko otwartych drzwiach wejściowych i z przyjemnością wdychając świeże, porannie ostre powietrze spoglądał z zachwytem na tajemniczy opar unoszący się na tle pobliskiego lasu…

   Nagle psy gwałtownie zamilkły. Zapatrzone w jakiś punkt na horyzoncie stanęły przy płocie i czegoś nasłuchiwały uważnie. Było to u nich dziwne zachowanie, gdyż zazwyczaj każdy nowy, niepokojący dźwięk witały rozgłośnym ujadaniem a nawet wyciem. Tego poranka jednak usłyszały coś, co na moment zamieniło je w słupy soli. Także Zosia z Grzesiem wsłuchali się uważnie w  najbliższą bliskość oraz mgliste oddale.



   Oto otaczał ich zewsząd nieznany, jakby kosmiczny, brzęcząco-świergotliwy dźwięk. Brzmiał on niby połączony z trzepotem skrzydeł cichy trel  tysięcy egzotycznych ptaków albo może niczym kosmiczne jakoweś, nie wiadomo skąd dochodzące echa i metaliczne szumy. Ogarniało to gospodarzy zewsząd. Napływało nie wiadomo skąd mglistą jasnością i ciemnością. Było jednocześnie piękne i groźne. Obce. Niezrozumiałe. W mgle bezpiecznie schowane i stamtąd swe niepokojące sygnały wysyłające. O czymś oznajmiało, coś być może zapowiadało…? Z ogromną intensywnością trwało to przez moment a potem równie nagle jak się pojawiło znikło. W psy od razu życie z powrotem wstąpiło. Odczarowane jęły po swojemu szczekać biegając przy płocie i oznajmiając całemu światu, że strzegą obejścia a swym gospodarzom żadnej krzywdy zrobić nie pozwolą.


   Mgła wkrótce przerzedziła się a poza nią widać było swojską, zwyczajną pogórzańską rzeczywistość. Okoliczne domy stały jeszcze uśpione w dolinach, do połowy ukryte w resztkach porannych oparów. Koguty zaczęły się powoli budzić i chrapliwie oznajmiać, że Pogórze w całości do nich i tylko do nich należy. Wyszczekane do syta psiska tłumnie powróciły do domu aby ułożyć się na swych kanapach i legowiskach. A ja, pajęczyca, huśtając się na lampie kuchennej dokonywałam porannej toalety i patrzyłam z sympatią na mych gospodarzy, wtulonych w siebie i  zapatrzonych w tak bliski ich sercom a jednocześnie skrywający jakieś tajemnice pejzaż za oknem. Zaczynał się nowy, listopadowy dzień…