sobota, 18 marca 2017

Kolejny marzec…




   Tegoroczny marzec na Pogórzu Dynowskim zachowuje się tak zmiennie i kapryśnie jak na ten miesiąc przystało. Ciepło-zimno. Mokro-sucho. Śnieżnie i wietrznie. Słonecznie albo zupełnie pochmurno i mgliście. 


  Nie czuje się jeszcze za bardzo wiosny, choć ptaszęta drą się jak zwariowane a kury po całych dniach wydziobują z ziemi jakieś robaczki i kiełki traw. Kilka z nich zdążyło już w tym roku paść łupem drapieżców. O poranku zapamiętale tokujące bażanty przechadzają się na skraju lasu a wygłodzone jastrzębie krążą pod nieboskłonem wydając ostre, charakterystyczne krzyki. Strumyki w dolinach odważnie płyną przed siebie.


   Niewiele na razie roślinek z ziemi wygląda. Niewiele pączków ma odwagę się pokazać. Tu i tam widuje się bazie na wierzbach. Gdzieniegdzie widać ukazujące się spomiędzy darni mięsisto - zielone główki kwiatów lepiężnika. Spomiędzy leśnej ściółki wychylają się niesmiało liście czosnku niedźwiedziego.A mech ma coraz bardziej szmaragdowy odcień.



   

   Ziemia ogromnie nasączona wilgocią. Chodzisz i słyszysz jak stopy wygrywają w tej mokrawicy swojsko brzmiącą melodię: chlap, chlip, plusk, plask, plim, plam… Nogi w gumofilcach zasysane przez błoto i rozmiękłą trawę unoszą na sobie nowe warstwy błota. Promień słońca czasem pogłaszcze policzek. Och, jak miło i błogo. Można przymknąć oczy i napawać się tym ciepłem przez chwilę. Bo już za moment nieoczekiwanie chłodny wiatr wieje prosto w twarz. Brr! Trzeba mocniej wcisnąć czapkę na uszy. Dopiąć się pod szyją. Pobiec trochę przed siebie żeby się rozgrzać.


   Hipcia przechodzi podobne do zaćmy zapalenie oka. Ku naszej ogromnej uldze po kilkudniowym leczeniu bielmo schodzi zupełnie. Znowu normalnie widzi i cieszy się życiem. Ledwo wyzdrowiała Hipcia, to znowu Misia jakaś niewyraźna, bez apetytu. Ale na spacerach wszystko się odmienia. Biega wesoło, jak gdyby nigdy nic. 


  Tu i ówdzie pojawiają się wielkie niczym bajora kałuże. Psy taplają się w nich radośnie. Bo one czują bardzo mocno tę wiosnę, która delikatnie a jednak zdecydowanie przegania stąd zimowe wspomnienia.




     

   Zuzia, Jacuś, Hipcia i Misia biegają po łąkach łapiąc codziennie dziesiątki kleszczy, kopiąc w ziemi dziury w poszukiwaniu nornic, goniąc gromady sikorek i skowronków ukrytych zawsze w suchych kępach traw, tarzając się na zdechłych żabach i sarnich bobkach… Marzec trwa…



   Czas płynie powoli, ale jednak szybko. Która to już wiosna na Podkarpaciu? Siódma…? A każda była inna a jednocześnie jakże do pozostałych podobna. Dobrze, że są zdjęcia z tamtych lat. W głowie zostają przecież tylko jakieś pojedyncze kadry, strzępy pamięci…




2011 rok – Młodziutka Zuzia szaleje po polach i łąkach. Jest pełnym energii, niespełna rocznym psiakiem. Po mroźnej i białej zimie marzec nadal pełen śniegu.






2012 rok – Zuzia już całkiem dorosła. Wspaniale strzeże naszego obejścia. Śniegu niewiele. Jest ciepło. Mały wybieg dla kurek w ogrodzie staje się w marcu domem dla kolorowych czubatek i kilku zielononóżek. Protoplastek naszego późniejszego stada.




2013 rok – Zimny i śnieżny marzec. Wiele spacerów. Wiele domowych wypieków.








2014 rok – Ciepła, wczesna wiosna. W lesie i na łąkach mnóstwo kwiatków. W pełnym wody stawie wyraźnie odbija się sylwetka obciętej lipy. Kury niosą się jak szalone. Jajka w każdej możliwej postaci na śniadanie, obiad i kolację.  Domowy ajerkoniak to prawdziwy marcowy czarodziej.





2015 rok – Kolejna ciepła, choć deszczowa wiosna. Dużo kóz i koziego mleka. Kury biegają w najlepsze po wielkim wybiegu. Lepiężnik pięknie kwitnie na zboczach prawdziwkowej paryi.






2016 rok – Deszczowy i często mglisty marzec. Jacuś coraz bardziej lubi pieszczoty oraz obserwowanie kur na ich wybiegu. Pięknie kwitną krokusy.



2017 rok – … Marzec trwa… Co jeszcze przyniesie…?

video

środa, 22 lutego 2017

Okiem pajęczycy – „Isia”, cz.3







  … Zosia biegła w dół a tuż za nią Uzia, która zawsze za swą panią lubiła biegać dla samego biegania. (bo wiecie, czasem samo bieganie ciekawsze jest i cenniejsze, niż dobiegnięcie do celu). Gospodyni znalazłszy się w pobliżu interesującej ją dziury zwolniła i ostrożnie, niemal na paluszkach podeszła do ziejącego mrokiem otworu. Tuż przy nim kucnęła i wstrzymując oddech wpatrzyła się w ciemną czeluść. Tak radosna i pełna entuzjazmu przed chwilą Uzia przystanąwszy za swą panią wyraźnie straciła animusz.  Podkuliła ogon pod siebie i widać było, iż najchętniej czym prędzej odeszłaby stamtąd.



- No chodź tu! Zobacz, co tam jest! Co tam jest Uzieńko? – pełnym napięcia szeptem zachęcała ją do podejścia bliżej gospodyni.


- No i co tam jest w środku? Coś widać? – wołał z oddali gospodarz jakoś nie kwapiąc się, aby zejść na dół. Zosia nic mu nie odrzekła. Dała tylko znak ręką by czekał cierpliwie. Wciąż próbowała namówić Uzię do wejścia w głąb czarnego tunelu. Poprzednimi laty przecież Uzia wchodziła tam nie raz, jako i kozy, które odkryły, że przeszedłszy kilka kroków dalej można wyjść z zupełnie innej strony. Wtedy je to bawiło i potrafiły gonić się w ten sposób w nieskończoność. Latem dziura nie wyglądała tak ponuro jak zimą. Obrośnięta mchem, trawą i kwiatkami prezentowała się całkiem miło i zachęcająco. Pewnie był to otwór wykopany przez jakieś zwierzę. A może utworzył się sam przez wymycie gliniastego zbocza skarpy spomiędzy korzeni wielkiego buka rosnącego nieopodal? Tak czy siak, miejsce to nigdy nie budziło w nikim lęku… Jednakże dzisiaj było inaczej. Uzia najeżyła mocno sierść i cichutko warcząc wycofała się spoglądając na swą panią tak wymownie, jak gdyby wiedziała, że w dziurze jest coś, z czym lepiej nie mieć do czynienia. 


   Zosia zbladła. Przełknęła głośno ślinę. Czuła, że jej kolana zaczynają się robić jak z waty. Jeszcze chwila a nie będzie miała siły by odejść. Już kiedyś, dawno temu, doznała podobnego wrażenia, gdy podczas pobytu w Beskidach zdawało się jej, że goni ją jakieś duże zwierzę. Wydawało charczące, niedźwiedziowate odgłosy i zbliżało się do niej zza drzew łamiąc gałęzie i mocno szeleszcząc ubiegłorocznymi liśćmi, pokrywającymi zbocze góry. Wtedy ze strachu Zosia prawie zupełnie straciła władzę w nogach. Upadła i bardziej siłą woli niż ciała, pełznąc albo nieporadnie posuwając się na czworakach uciekała przed nieznanym, strasznym stworem. Serce waliło jej w skroniach.  Popiskiwała niby przerażony psiak… Wreszcie oblana zimnym potem i ledwo żywa dotarła do uczęszczanej przez ludzi drogi. Ci spojrzeli zdumieni na tę mokrą, upapraną błotem, półprzytomną istotę, przyozdobioną suchymi liśćmi we włosach i smarkami wiszącymi u nosa. A ona zawstydzona, coś tam wybełkotała, że przewróciła się w potoku, ale że już wszystko z nią w porządku. Nie chciała opowiadać nikomu o spotkaniu z tajemniczym zwierzem. Bała się, że ją wyśmieją. Bo może tam w górze po prostu biegał jakiś tutejszy pies? A może to wszystko było tylko efektem jej wybujałej wyobraźni? Ech, ja pajęczyca znałam tę historię dlatego, iż potrafiłam przenikać sny Zosi i nieraz budziłam ją łagodnym łaskotaniem, gdy śniło się jej coś strasznego. Jednak nie każdy sen dało się przerwać. Niekiedy Zosia spała tak głęboko, że mogłam tylko bezradnie obserwować dręczące ją obrazy, ale nie miałam żadnego wpływu na długość ich trwania…


   Wróćmy jednak do obecnej chwili. Uzia wycofała się ostatecznie i z podkulonym ogonem zaczęła biec w stronę czekającego na szczycie wzgórza pana.  Zosia chciała zrobić to samo, jednak nie mogła. Czuła, jakby coś kazało jej tam tkwić i wpatrywać się w sekretne wnętrze tunelu. W pewnym momencie zdało się jej nawet, iż coś ze środka syknęło na nią ostrzegawczo. Miała też wrażenie, iż ujrzała tam jakiś dziwny błysk. Wyraźnie uczuła, że coś na nią patrzy… Świeżo przebudzony niedźwiedź! Ranny wilk! Wściekły lis! Szalony odyniec! A może Gollum albo i sam Smaug?! Kiedy tylko wyobrażenia tych wszystkich straszydeł pojawiły się w jej głowie natychmiast odzyskała władzę w nogach i nie oglądając się już na nic, potykając się na grudach śniegu i z trudem opanowując okrzyk grozy dotarła do męża i dygocząc ukryła głowę na jego piersiach.



- Zosieńko, co się stało? Co tam zobaczyłaś? – zaniepokojony Grześ tulił mocno swą rozedrganą małżonkę i spoglądał z mieszaniną zaciekawienia oraz rozbawienia w stronę podejrzanej dziury.
- Nie mam pojęcia… I wiesz co? Nawet nie chcę wiedzieć. Chodźmy stąd szybko! – odparła kobieta i złapawszy mężczyznę za rękę zaczęła go ciągnąć w stronę pobliskiego lasu.
- A może teraz ja pójdę zobaczyć? Co mogło cię aż tak wystraszyć? – zastanawiał się tamten, patrząc z namysłem w stronę paryi i opierając się pośpieszającej go do odejścia Zosi.
- Nie ma mowy! – odparła – Jeszcze tylko tego brakowało, by coś Ci się stało! Tu nie jest bezpiecznie a ja dość mam już atrakcji na dzisiaj. Jutro możemy ewentualnie znowu tu przyjść i wtedy możesz sobie zaglądać do tej dziury. Ja teraz o niczym innym jak o powrocie do domu nie marzę!
- A co z Isią? Ona nadal sterczy tam samotnie w lesie i ani jej w głowie wrócić do nas! – zasępił się Grzesiek i znowu zagwizdał na niewidomą psinkę, na co tamta oczywiście nie zareagowała.
- Pójdę po nią! Wygłaskam ją i wypieszczę! Jeśli ona przeżyła coś podobnego, jak ja przed chwilą, to wcale nie dziwię się jej dziwnemu zachowaniu! – westchnęła gospodyni i już po chwili kucała przy niewidomej psince przemawiając do niej tkliwie, wtulając twarz w mokre futerko i przelewając ogrom swej miłości w tę małą, bezbronną istotkę.


   I wreszcie Isia, jak gdyby budząc się z jakiegoś katatonicznego odrętwienia zaczęła machać ogonkiem, oblizywać mokre od łez policzki Zosi a na koniec iść za gospodynią, gdy ta postanowiła dołączyć do reszty gromady.




   I znowu było tak, jak na każdym najzwyklejszym, wspólnym spacerze. Grześ szedł na początku pochodu i popalając papierosa wesoło pogwizdywał na psy.  Szczeniaki biegnąc za nim zaczepiały się beztrosko i zachęcały wzajemnie do psich zapasów, Uzia co chwilę tarzała się w śniegu a Acuś pomykał radośnie między drzewami zapraszając do gonitwy swą ulubienicę, Ipcię. A Zosia?
Zosia, zamykając ten pochód, mocno zamyślona szła z rękami w kieszeniach. Straciła jakoś ochotę do robienia zdjęć. Wciąż mocno przeżywając niedawną przygodę, nie zwracała też uwagi na oznaki przedwiośnia. A szkoda, albowiem ja, pajęczyca widziałam starania wróżki Izoldy, która tańcząc między brzozami uśmiechała się do gospodyni zachęcająco. Drzewa odpowiadały wróżce łagodnym poszumem i obietnicą rychłej zieleni. W buczynie coś leciutko szeptało, w olszynie wirowało ciepłą nutką a u podnóża dębów zupełnie stopniał śnieg i ukazywało się coraz więcej gotowej do odrodzenia gliniastej, pełnej zalążków nowego życia ziemi…



   Po tym pełnym emocji spacerze umęczone psy pokładły się pokotem na swych legowiskach i kanapach. I spały bardzo, bardzo długo. Natomiast Zosia do końca dnia snuła się po domu miejsca sobie jakoś nie umiejąc znaleźć. Zasępiona wciąż przeżywała niedawne zdarzenia. A następnego dnia tuż po obiedzie, na który złożyły się odgrzewane ziemniaki z maślanką oraz pyszne, mężowskie gołąbki z keczupem namówiła Grzesia na kolejny spacer.

- Pójdziemy tam, gdzie wczoraj. Możemy wziąć ze sobą latarki żeby zajrzeć do tej dziury w paryi. Ciekawa też jestem zachowania Isi… Czy znowu zachowa się tak, jak uprzednio? Co stanie się, gdy znajdzie się w tym niepokojącym miejscu?

   Zupełnie niezdziwiony jej pomysłem Grzesiek ubrał się szybko a gwizdnąwszy na uszczęśliwione zapowiedzią następnej wyprawy psy wziął żonę za rękę i poszedł na spotkanie jątrzącej ich tajemnicy. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie poszła wraz z nimi! W kapturze Grzesia czułam się już niemal tak swojsko jak w domu! 



   Ogromnie zajmowała mnie obserwacja otoczenia a zwłaszcza biegnących przed nami psów. Rozmyślałam o Isi… Nie raz patrząc na nią, żałowałam, iż nie mogę się z nią zamienić choćby na jeden dzień i poczuć tego, co ona czuje. Jak żyje się bez umiejętności widzenia? Czy to, co my, istoty widzące odbieramy jako kalectwo, dla Isi jest czymś normalnym, oswojonym i pewnym? Jak ona to robi, że zazwyczaj tak ufnie i pogodnie podchodzi do życia w mroku? Nie boi się biec przed siebie. Nie boi się tak jak większość istot ciemności, bo przecież nie dane jej było nigdy poznać jasności… Ciemność to dla niej coś najzwyklejszego. Może zresztą jej ciemność pełna jest niewidzialnych dla innych istot kolorów i doznań? To jak wielki, nieznany kosmos. Niedostępny dla nas – widzących. 


   Isia nie znała innego życia. Nie miała pojęcia, że czegoś jej brakuje… A może miała? Bo co odczuwała, gdy jej siostrzyczka Ipcia znikała gdzieś w gąszczu, w którym poruszała się zupełnie swobodnie, podczas gdy niewidoma Isia zostawała na miejscu, nie zagłębiała się w las, wiedząc z doświadczenia, że tam pełno jest przeszkód i labiryntów, gdzie łatwo się zagubić. Ale Ipcia się nie bała, nie zatrzymywała w biegu. Znikała gdzieś daleko wolna i swobodna… Co myślała sobie Isia, gdy nie mogła pobiec za siostrzyczką? Czy było to pomieszanie przykrości z zazdrością? Czy czuła się w pewien sposób od tamtej gorsza? I czy dlatego rekompensując sobie potem to uczucie starała się dopaść Ipcię i w psich zapasach udowodnić jej, że jest tak samo silna i sprytna, tak samo wytrwała?



   Mnie, pajęczycy nieco łatwiej jest chyba niż innym istotom próbować zrozumieć Isię. Wszak sama często poruszam się w mroku. Wiem, gdzie rozmieściłam me pajęczyny i dzięki nim czuję się pewnie. Odbieram otoczenie wrażliwymi zmysłami i włoskami porastającymi odnóża. Wiem, że wielu rzeczy można się nauczyć. Jednak w życiu nie wszystko da się przewidzieć. Wciąż dzieją się jakieś nowe rzeczy, zaskakujące zdarzenia. Trzeba się do nich jakoś dostosowywać, bezustannie oswajając rzeczywistość albo próbować ją traktować, jak pasmo ekscytujących wyzwań i przygód. Nigdy jeszcze nie postawiłam kroku w pustkę. Nigdy nie spadłam z wysokości ani do niczego nie dobiłam.  W zupełnie obcym mi miejscu nie odważyłabym się zamknąć oczu i iść na oślep. Strach by mnie sparaliżował. No chyba, że musiałabym przed czymś uciekać… Tym bardziej podziwiałam Isię za to, że daje sobie ze wszystkim radę, że uczy się na swych błędach i nie zrażając się odważnie idzie przed siebie…


   A opisywana tutaj sytuacja, gdy Isia uparcie trwała w dolince i odmawiała pójścia dalej – czy była spowodowana ogromnym lękiem, czy może psią wrażliwością oraz instynktem, który pozwolił jej poczuć coś tak mocno, że aż zniewolił ją swą mocą? A może to była mieszanina tego wszystkiego? Szkoda, że nie znam psiego języka. Chętnie bym Isię o to wszystko zapytała…



   Ale oto minąwszy świerkowy las gospodarze wraz z psami znowu zbliżyli się do tajemniczej paryi. Tym razem Isia biegła odważnie przed siebie. Z zapałem wąchała wydeptane przez dzikie zwierzęta ścieżki a jej ogon raźno powiewał w górze. Bez zająknienia przeszła samodzielnie przez pierwszy zwalony pień i dopiero przed drugim zaczęła się wahać. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego dnia nie kręciła się w kółko i nie wyglądała na przestraszoną. Jednakże, gdy tylko gospodyni zbliżyła się do niej psina zaczęła przed nią uciekać zaśnieżonym zboczem w górę. I znowu nie reagowała na przywoływania.


   Zbaraniała zupełnie Zosia sama już nie wiedziała, co począć. Reszta psów pognała radośnie w swe ulubione rejony leśnych bezdroży i nie zwracała uwagi na to, co działo się w paryi. Gospodarz natomiast zrobił sobie chwilę odpoczynku i nie przejmując się niczym pstrykał zdjęcie za zdjęciem.



- Zosiu! Zobacz, jakie fajne światło jest teraz! Nie przejmuj się Isią i zrób trochę zdjęć. Nie pożałujesz! – zachęcał.

   Gospodyni korzystając z dobrego światła, podeszła do tajemniczej dziury i zajrzała w nią odważnie. Nie dostrzegła tam nic. Zupełnie nic. Widać było tylko delikatną smużkę światła dobiegającą od strony jej wylotu. I nic więcej. Jeśli coś się tam wcześniej kryło to już odeszło. Także od strony wylotu nie zauważyła nic interesującego.


   Zosia poczuła się nieco rozczarowana brakiem wyobrażonego stwora. Czuła jednocześnie ulgę, ale i żal, że nigdy nie dowie się, z czym właściwie miała wczoraj do czynienia.  Wiedziała, iż wyobraźnia  nie da jej spokoju. Na pewno znowu będzie wałkować tę sytuacje w snach… Wreszcie westchnęła głęboko, wzruszyła ramionami i otrząsnąwszy się ostatecznie z natłoku dusznych imaginacji zaczęła nawoływać dziwacznie zachowującą się białą sunię. Ta jednak nic sobie z tego nie robiła i tkwiła w dość niewygodnej pozycji na stromym zboczu dolinki.



- Tylko patrzeć a ześlizgnie się do strumienia! – stwierdziła nieco zirytowana jej zachowaniem gospodyni i nie czekając na nic wspięła się ku niewiernej Isi. Balansując w dość niewygodnej pozie obłapiła niewidomą psinusię i jako tako ją unosząc dostała się na sam szczyt wzgórza. Tam ciężko dysząc postawiła uparte psisko, które ledwo co wniesione zaczęło złazić tam, skąd dopiero co je zabrano! Jednak Zosia nie miała już siły by znowu je gonić i dźwigać. Jedyne, co mogła zrobić, to ruszyć w drogę powrotną do domu i nawoływać resztę psów w nadziei, że i Isia do nich dołączy. I tak się na szczęście stało. Wkrótce wszystkie psiska gnały przed siebie jak gdyby nigdy nic a Zosia wraz z Grzesiem brnęli za nimi w rozmakającym śniegu pocąc się i męcząc w zbyt grubych, zimowych ubraniach.



   Słońce operowało coraz silniej i złociło las szczodrym, złotym blaskiem. Ptaszęta kwiliły w koronach drzew a wróżka przedwiośnia Izolda bawiła się w berka z cieniem odchodzącej właśnie zimy. 


   A Isia? Isia dreptała po śladach swych towarzyszy, dokazywała z nimi i uśmiechała się najszczęśliwszym, psim uśmiechem, nie przejmując się już wcale niedawną przygodą, rzeczywistymi czy wyimaginowanymi lękami, tajemniczymi stworami albo swoją ślepotą. Szła i cieszyła się życiem… Tak po prostu…


 
    To była już ostatnia część tej kolejnej, zimowej a właściwie przedwiosennej opowieści pajęczycy. Ale pewnie nie raz jeszcze o Isi - Misi opowiem. Ta psinka wciąż dostarcza pola do nowych obserwacji, zamyśleń i wzruszeń. I coraz większa z niej pieszczocha!:-))


Ja, pajęczyca Adela Hildegarda serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników tego bloga i dziekuję za Waszą życzliwą obecność tutaj:-))